wtorek, 30 grudnia 2014

Trochę o filmie.

Film ma prawie 120 lat!! Aż trudno uwierzyć ale towarzyszy nam od sześciu pokoleń.
Swe życie rozpoczął 1895 roku gdy bracia Lumiere opatentowali kinematograf i zaczęli wyświetlać pierwsze filmy. Nie każdy jednak daje im palmę pierwszeństwa ponieważ bracia ulepszyli podobno już istniejącą maszynę a po drugie nad kinematografem pracowało wielu zarówno w Europie jak i za oceanem. Oni jednak okazali się najszybsi.
Dlaczego wiele osób pracowało nad kinematografem? Bo film musiał po prostu powstać. Mieliśmy już zdjęcia a po nich bardzo popularne "ruchome zdjęcia" najczęściej z nagimi damami w roli głównej więc nieuchronny był krok naprzód.
Pierwszy film to słynne "Wyjście robotników z fabryki". Tak też wyglądały pozostałe pierwsze filmy.
Krótkie minutowe scenki z życia.
Wytwórnia barci Lumiere nakręciła takich filmów przynajmniej kilkaset.
Lata 1895-1900 to pierwszy okres w historii filmu. Nazwijmy go pionierskim lub prymitywnym.
Filmy nie przekraczają kilkudziesięciu sekund i dokumentują jak wyżej wspomniałem głównie sceny z normalnego życia. Potęgami filmowymi wtedy jak i dziś są Francja, USA i Wielka Brytania.

W 1896 roku nakręcono pierwsze filmy animowane. Nie było tam żadnej głębszej reżyserii. Animowana scenka miała raczej pokazywać możliwości techniczne urządzenia.
W tym samym roku powstała istniejąca do dziś słynna francuska wytwórnia Pathe.

Młody film doczekał się szybko tragedii. 4 maja w Paryżu podczas pokazu zapaliła się taśma filmowa. Zginęło 129 osób!

W 1899 roku nakręcono "Apel zapałek". 75 sekundowa produkcja uznawana jest za pierwszy film animowany na świecie w naszym tego słowa znaczeniu. Nie było to już pokaz możliwości technicznych kinematografu tylko w pełni reżyserowana produkcja. Co prawda strasznie krótka ale jednak...

Rok 1902 to przełomowa data w historii filmu. Francuz Georges Melies stworzył "Podróż na księżyc" około dziesięciominutowy profesjonalny film science-fiction, który stał się światowym hitem. Produkcje typu "Wyjście robotników z fabryki" bardzo szybko przechodzą do lamusa. Produkuje się znacznie mniej ale za to profesjonalnych kilku-kilkunastominutowych filmów. Następuje era takich reżyserów jak Brytyjczyk R. W. Paul (który zaczynał co prawda znacznie wcześniej ale kręcił filmy podobne do braci Lumiere) czy wspomniany wcześniej, mój ulubiony Melies.
Co kręcono? Komedie, westerny czy fantastkę naukową, którą z rozmachem tworzył Melies. Jego filmy nie tylko mają rozmach (choć troszkę widać, że autor wcześniej reżyserował w teatrze) i fantastyczne kostiumy ale są też kolorowe! Taśma po nakręceniu produkcji była ręcznie kolorowana.
Wzięto się też za klasykę. "Podróż na księżyc" to ekranizacja powieści Juliusza Vernea. Nakręcono również "Opowieść wigilijną", "Alicję w krainie czarów" czy "Przygody Guliwera".
Co z braćmi Lumiere? Podobnie jak Edison w Stanach zeszli powoli ze sceny okazało się, że umysł ścisły i humanistyczny to dwie różne bajki. Zarówno oni jak i Edison byli w stanie skonstruować kinematograf ale na profesjonalną reżyserię nie starczyło wyobraźni?, zapału?

Rok 1903 to narodziny kolejnej wielkiej wtórni (choć filmy zacznie wytwarzać dużo później). Żydowscy emigranci z Polski zakładają Warner Bros.
W dalekiej Japonii powstaje pierwsza profesjonalna wytwórnie Komatsu Shokai.

30 kwietnia 1904 roku Oskar Messter na wystawie światowej w Sain Louis po raz pierwszy przedstawił międzynarodowej publiczności obrazy dźwiękowe. W dziesięć lat od powstania kinematografu i tworzenia prymitywnych krótkich produkcji doczekaliśmy się filmu dźwiękowego.



A jak było na ziemiach polskich?
Polska mimo, że formalnie nie istniała pod wieloma względami miała się lepiej niż teoretycznie niepodległa III RP. Już w 1896 roku 18 lipca i 14 listopada odbyły się pierwsze pokazy filmowe dwóch konkurujących ze sobą producentów.
W 1901 roku założono Towarzystwo Udziałowe Pleograf. Pierwszą polską wytwórnię filmową. Rok później wytwórnia wyprodukowała dwa pierwsze polskie filmy "Powrót Birbanta" oraz "Przygodę dorożkarza". Niestety nie zachowały się do dziś. Towarzystwo nie wytrzymało konkurencji z zagranicznymi produkcjami i zbankrutowało w 1903 roku. Na kolejne dwa polskie filmy musieliśmy czekać aż do 1908 roku gdy nakręcono nie zachowany do dziś obraz "Antoś pierwszy raz w Warszawie" oraz wyprodukowaną w Wielkopolsce "Pruską Kulturę". Film uznawany za zaginiony aż do 2000 roku gdy odnalazł się przypadkiem we Francji.
Przez sześc lat w warunkach zaborów udało się stworzyć cztery polskie filmy co wstydu absolutnie nie przynosi. Na kolejny przyjdzie poczekać do 1911 roku.

"Pruską Kulturę" można obejrzeć pod tym linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=VKgdLiBrmKw

piątek, 9 listopada 2012

Spojrzenie z kresów

Polecam dwa ciekawe blogi. Jeden z Wileńszczyzny, drugi z Grodzieńszczyzny.

http://polacygrodzienszczyzny.blogspot.com/

http://blog.klon.name/

piątek, 20 kwietnia 2012

Światełko w tunelu.

Na jednym z naszych portali znalazła się taka oto informacja:

W białoruskim internecie rozpoczęła się dyskusja o tym czy nie warto aby Białoruś weszła w konfederację z Polską. Niektórzy autorzy proponują nawet przeprowadzenie w tej sprawie referendum.

Do naszej Redakcji, a także redakcji kilku innych polskich gazet, zgłosili się białoruscy dziennikarze i publicyści, którzy chcą rozpropagować ten pomysł by zorientować się jaki stosunek mają do niego Polacy. Twierdzą, że pomysł z ich punktu widzenia wcale nie jest egzotyczny, gdyż w momencie upadku Aleksandra Łukaszenki Białoruś nieuchronnie wpadnie w rosyjskie ręce o ile wcześniej nie zostanie w jakiś sposób zabezpieczona. Ponadto spośród posowieckich republik na Białorusi antypolski resentyment jest prawdopodobnie najmniejszy. Czy jednak ta idea, która wyszła ze strony białoruskiej jest realna? Zapraszamy do dyskusji.

Założenie słuszne, zyskałyby na tym obie strony oraz co ważne zniknąłby "problem" Polaków na Białorusi. Tlye, że znając życie u nas przejdzie to bez echa a naszym kochanym rządzącym zapatrzonym w UE nawet przez myśl nie przejdzie zastanwowienie się przez sekundę nad taką opcją.

środa, 18 kwietnia 2012

Krótko i na temat

Po pierwsze mój tekst o Polonii Chmielnicki zorbił karierę i trafił do papierowej wersji Kuriera Galicyjskiego.

Po drugie w siecie pojawił się ciekawy blog z Wileńszczyzny:
http://polskamlodziezwilna.blogspot.com/

Polecam!

czwartek, 23 lutego 2012

Wywiad z prezesem SSPL

Wywiad można znaleźć w serwisach wiadomości 24 oraz dziennikarz press.



Michał Gackowski: Proszę opowiedzieć coś o SSPL, skąd się wzięło i dlaczego?
Marcin Siembida: Stowarzyszenie powstało dwa lata przed reaktywowaniem klubu we Lwowie, formalnie zarejestrowaliśmy się w maju ubiegłego roku w Stalowej Woli. Pomysłodawcą są koledzy z Tarnowa, którzy od dłuższego czasu obserwowali i zbierali informacje odnośnie Dumy Lwowa. Los tak chciał, że większość z nich dziś mieszka w Anglii. W stowarzyszeniu zdecydowaną większość stanowią osoby o prawicowo-konserwatywnych poglądach. Zapytacie, dlaczego Pogoń Lwów? Wydaje mi się, że padło akurat na stolicę Galicji, gdyż tamte rejony w naszej działalności patriotyczno-społecznej były zapomniane, teraz to nadrabiamy z nawiązką.

M.G.: Co konkretnego robicie?
M.S.: SSPL zostało powołane do życia, aby wspierać Polaków, mieszkających na Kresach. Mylą się Ci, którzy myślą, że jesteśmy zwykłą brygadą kibiców Pogoni Lwów. Przede wszystkim, mamy pielęgnować wszystko, co pozostało na Kresach bezinteresownie zostawione, dziś przez większość z nas zapomniane. Podjęliśmy rękawice ratowania klubu, gdy wpadł w finansowy dołek, poświęciliśmy sporo czasu, aby usłyszano o nim w Polsce i polskich mediach. Po kilkumiesięcznej walce udało się uzyskać solidnego sponsora, jakim jest PKP Cargo, dlatego temat piłkarski schodzi na drugi plan. Teraz we Lwowie mamy inne zadanie, o wiele trudniejsze. Zjednoczyć mieszkających tam Polaków, aby byli zwartą, jedną, wielką siłą. To podstawa w dzisiejszych czasach, gdzie Banderowcy stawiają sobie pomniki w każdej miejscowości. Dopóki będziemy rozproszeni, cisi, niezdecydowani, nie będziemy warci, aby nas usłyszano. Mam nadzieję, że to się zmieni.

M.G.:Jakie inicjatywy chcielibyście poruszyć w najbliższej przyszłości?
M.S.: Jesteśmy po pierwszym spotkaniu z odradzającym się Junakiem Drohobycz, mogę powiedzieć, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony po wizycie u nich. Widzę pewne różnice między Pogonią Lwów a Junakiem, w Pogoni gra część Polaków i część Ukraińców. W Junaku natomiast grają w większości Polacy. To kwestia też podejścia, czy chce się tworzyć wielki klub, który będzie się wspinał w hierarchii futbolu, czy też skromny, ale za to zdecydowanie polski. Szczerze przyznam, że wolałbym, aby był mniejszy, ale za to nasz, ale tutaj wtrącać się nie będę nikomu w jego robotę. SSPL może jedynie monitorować sytuację, i też tak robimy, w końcu jesteśmy głosem kibiców z Polski. Jesteśmy po pierwszych, skromnych rozmowach z Polonią Chmielnicki i Batorym Grodno. Na celowniku mamy również Polonię Wilno, do której wybieramy się w najbliższych tygodniach.

Z rzeczy pozsportowych, myślimy nad renowacją cmentarza w Drohobyczu. Są tam skandaliczne warunki, groby na naszych oczach się walą, potrzebna jest tam natychmiastowa interwencja. Niestety, bez wsparcia osób bezinteresownych i odpowiedniego strumienia pieniędzy nie damy rady, trzeba zorganizować tam wycinkę drzew, trzeba zrekonstruować fotografie na grobach, do których strzelali czerwonoarmiści. W końcu, pójdziemy na wojnę, na noże z władzami Drohobycza o odbudowanie pomnika Grunwaldzkiego. Tego tematu nie odpuścimy, możecie być tego pewni.

M.G.: Czy ograniczacie się tylko do Ukrainy?
M.S.: Tak jak powiedziałem wcześniej, mamy na oku Batorego Grodno i Polonie Wilno. Do końca półrocza chcemy z nimi nawiązać bliższą współpracę, jednak teraz pracujemy nad Polonią Chmielnicki i Junakiem.

M.G.: Czy jesteście powiązani politycznie?
M.S.: Politykowanie zostawmy politykom, a sam fakt, że w stowarzyszeniu jest większość osób o poglądach prawicowych, niezbyt dobrze świadczy o lewicy. Przypisywanie naszej działalności do PiS-u, Solidarnej Polski czy jakiejkolwiek innej partii, nie ma sensu. Gdy zabieramy się do roboty, legitymacje partyjne mnie nie interesują, natomiast, jeśli ktoś będzie chciał upartyjnić SSPL, spotka go niemiła niespodzianka.

M.G.:Na koniec proszę powiedzieć w jaki sposób można wam pomóc?
M.S.:Wszystkie nasze projekty, które wymieniłem, zależą tylko i wyłącznie od finansów, którymi będziemy dysponować. Proszę Państwa o pomoc w współfinansowaniu ich, dołóżcie swoją cegiełkę, nawet skromną. Wszystkie nasze dane znajdziecie na stronie internetowej pogonlwow.pl lub piszcie na maila paulina@pogonlwow.pl. Chcę zachęcić również do pomocy osoby, które nie mają środków finansowych, za to mogą nam zaproponować swoje ręce do pracy, transport bądź nawet usługi remontowe. Wystarczy napisać.

piątek, 10 lutego 2012

Polska Kibolska

Od kilku dni w serwisie wiadomości 24 można przeczytać mój tekst na temat kibiców. Ku memy zaskoczeniu jest jednym z najpopularniejszych tekstów na portalu. Oto on


Gdyby wierzyć mainstremowym mediom problemem numer jeden Polski są hordy kiboli niszczące, co pewien czas nasz kraj i robiące wszytko, by skompromitować nas podczas zbliżającego się Euro w oczach Europy. Czy tak jest naprawdę?

By omówić sprawę kiboli należ poruszyć kilka kwestii. Po pierwsze, kto to jest kibol? Tu pojawia się problem. Kibole u nas ostatnimi czasy strasznie się rozmnożyli i nie trzeba już chodzić na mecze, by być kibolem, można np. być lewackim antyfaszystą, a w TV wystąpi się jako kibol.

W rzeczywistości kibice dzielą się na kilka dość płynnych grup. Pierwsza tzw. janusze to kibice sukcesu pojawiają się w z sukcesami drużyny i wraz z brakiem sukcesów znikają. To grupa najbardziej pożądana przez sponsorów. Z braku przywiązania do klubu kupi największy nawet bubel.

Następnie mamy grupę pikników. Siedzą cichutko na stadionie zajadając kiełbaski jednak wraz kryzysem drużyny nie znikają. Liczy się też dla nich klubowa tradycja. Trzecią grupę stanowią Ultrasi. Zajmują się dopingiem oraz oprawami meczowymi. To oni nadają kolorytu szarym trybunom. Grupa ostatnia to chuligani czyli ci, którzy będą bić się za swój klub. Jak już wspomniałem podział jest dość płynny bywa, ze chuligan jest też ultrasem czy piknik od wielkiego święta pokibicuje.

Kibice a policja

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Kibic to bandyta niszczący stadiony a policjant to stróż prawa. Czy zawsze tak jest? Oczywiście wszelkie dewastacje mienia powinny być karane. Jednak nie można kibiców traktować, jak podludzi. Kibic rzucający w policjanta kamieniem powinien być pociągnięty do odpowiedzialności, kibic spokojnie oglądający spotkanie powinien być traktowany, jak każdy normalny obywatel. Niestety rzeczywistość wygląda inaczej. Udając się na mecz kibic staję się wyjęty spod prawa. Można go okraść, pobić obrażać etc. Jest kibolem jest gorszy niż zwierzę.

Kibola można zabić nawet jeśli ma tylko 13 lat i przeszedł na czerwonym świetle.
Do kibola można strzelać w głowę nawet, gdy przepisy tego zabraniają. Kibola można przetrzymywać wbrew jego woli, mimo iż mamy wolność poruszania się po kraju. Kibolowi można ot tak dla zabawy urządzić "ścieżkę zdrowia", nawet gdy jest znanym dziennikarzem muzycznym. Kibola można pobić nawet wtedy gdy jest kobietą. Z kibolem można zrobić wszytko i tak nikt się o niego nie upomni.
Po takich przygodach nie można oczekiwać, że kibice będą pałali miłością do stróżów prawa.

Podczas moich kibicowskich eskapad zauważyłem, że nasi mundurowi mają olbrzymie problemy nad panowaniem na sobą. Czyżby testy psychologiczne można było między bajki włożyć? Spotkałem się z ostatnim chamstwem i prostactwem. Z drugiej strony trafiałem też na bardzo elokwentnych, miłych i uczynnych funkcjonariuszy, z którymi można było normalnie pogadać i którzy np. z wielką uprzejmością pokierowali mnie na drogę powrotną do Wielkopolski, gdy przyznałem się do słabej znajomości Górnego Śląska. Mamy więc przypadki negatywne, jak i pozytywne. Normalnie, jak w życiu. Dlaczego więc jeśli chodzi o kibiców obowiązuje odpowiedzialność zbiorowa, a nie indywidualna?

Kibice a media

Dlaczego 11 listopada spalono dwa wozy TVN-u, a kilka dni później podobno zaatakowano wóz Polsatu? Odpowiedź jest prosta. Media traktowane są już jako strona w sporze i kibice bronią się, jak potrafią. Mediów (zwłaszcza tych mainsteamowych) nie interesuje rzetelne przestawienie wydarzeń. Interesują je tylko zadymy, im większe tym lepiej, bo to zwiększa oglądalność. Wszelkie inne aspekty dla nich nie istnieją. Media nie reagowały gdy kibice byli karani za antyrządowe hasła. W kraju, w którym podobno obowiązuje wolność słowa z rożnymi poglądami można się nie zgadzać ale nie wolno zabraniać ich głoszenia!

Media milczały też gdy białoruscy kibice zostali pobici i brutalnie wyrzuceni z meczu koszykówki w Bydgoszczy podczas mistrzostw Europy kobiet, a powodem interwencji było wywieszenie innej flagi niż ta, którą posługuje się reżim Aleksandra Łukaszenki.

Gdzie podziało się oburzenie dziennikarzy gdy 20 sierpnia tego roku na mecz nie został wpuszczony poprzez kaprys ochrony pan Michał Kościecha kibic Widzewa, inwalida pierwszej, grupy któremu przysługuje bezpłatne miejsce na łódzkich trybunach. Przy tak jednostronnym relacjonowaniu wydarzeń dziwienie się, że dziennikarze zostali wrogami kibiców jest niepoważne.

Kolejna kwestia. Skąd się biorą kibole? Czy to łysi panowie w dresach, którzy nie ukończyli podstawówki? Niektórzy pewnie by chcieli żeby tak było. To zamykałoby sprawę. W rzeczywistości jednak kibice rekrutują się z każdej grupy mamy więc osoby bez żadnego wykształcenia oraz takie które mają wyższe. Co więcej z moich obserwacji wynika, że liczba osób z wyższym wykształceniem udzielających się na trybunach rośnie. Według naszego premiera kibice czy też kibole to zasłona dla przestępczości zorganizowanej. Jest to tak wielka bzdura, że nie trzeba by tego aspektu poruszać gdyby... nie widzowie czerpiący wiedzę wprost ze szklanej skrzynki zwanej telewizorem, którzy po części w tę bzdurę uwierzyli. Kibice oczywiście łamią prawo. Tak samo jak łamią je kolejarze, prawnicy lekarze, politycy. W każdej grupie zawodowej znajdą się ludzie krystalicznie uczciwi jak i zwykłe szuje ale nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że każdy (tu proszę wstawić dowolną grupę zawodową) to złodziej. Dlaczego więc w stosunku do kibiców takie zarzuty padają?

Kibice piłkarscy to bandyci
a reszta to anioły. W tym miejscu zazwyczaj przywoływani są kibice siatkarscy, którzy delikatnie mówiąc są typowymi kibicami sukcesu i zostali trochę sztucznie wykreowani. Poza tym każdy kto mieszka w Warszawie może przejść się na mecz siatkarski Legii i obejrzeć kibiców znanych z boisk piłkarskich.

Podobnie jest gdy chodzi o hokej, żużel, koszykówkę, piłkę ręczną czy hokej na trawie. Jednak media nie mówią, że tam mamy kiboli i nikt się tymi dyscyplinami pod względem zadym nie interesuje. Co więcej dochodzi do paradoksów! W Poznaniu w zeszłym roku sekcję piłkarską Warty Poznań przejęła znana z rozbieranych sesji pani Pyżalska, która po kilku miesiącach działalności w klubie postanowiła pozbyć się kiboli. Kibole nie zostali jednak bezdomni. Przenieśli się na sekcje hokeja na trawie tegoż klubu. W tym momencie zdarzył się cud. Wczorajsi kibole zostali najlepszymi kibicami chwalonymi nie tylko przez trenera i laskarzy ale także przez sam związek hokeja. Paradoks polega na tym, że w na hokeju robią dokładnie to samo co na piłce nożnej.

Na polskich stadionach jest niebezpiecznie. Jest to jedna z największych bzdur powtarzana głównie przez ludzi, którzy na meczu nigdy nie byli. Liczba zadym co przyznaje sama policja stale spada. To nie u nas ale w bezpiecznych Włoszech na stadionie w ostatnim czasie zginęli ludzie. Liczba tzw. zdarzeń boiskowych w Polsce i w Anglii jest porównywalna mimo to dziennikarze z uporem maniaka przedstawiają wyspy jako wzór od, którego powinna uczyć się dzika Polska. To w Glasgow a nie w Warszawie po ostatnich derbach zatrzymano ponad czterdzieści osób. Dlaczego więc to nasze stadiony uchodzą za niebezpieczne? Zaryzykowałbym tezę, że wiąże się to z frekwencją. Na wyspach jest ona olbrzymia i ciężko ludziom wmówić niektóre rzeczy skoro zaraz mogą to zweryfikować. U nas niestety poza kilkoma chlubnymi wyjątkami frekwencję mamy mizerną więc kreować rzeczywistość można do woli.

Można by poruszyć jeszcze wiele wątków ale ten felieton rozrósłby się do nieznośnych rozmiarów. Zamiast tego zadam tylko dwa pytania. Dlaczego osoby kreatywne, pomagające kombatantom, pamiętające o rocznicach, wspierające domy dziecka są przedstawiane jako zło, które trzeba wyplenić? Dlaczego w Polsce chuligani wtrącani są do więzień (gdzie dopiero uczą się przestępczego fachu) a w Wielkiej Brytanii utworzono z nich elitarne oddziały spadochronowe?
Odpowiedzi nie oczekuję.

wtorek, 20 grudnia 2011

W Bydgoszczy o Pogoni

Na portalbydgoski.pl ukazał się artykuł o Pogoni Lwów. Swoje trzy grosze dorzuciła moja skromna osoba. Zapraszam:
http://www.portalbydgoski.pl/pogon-lwow-symbol-jednaczacych-sie-polakow-na-ukrainie

niedziela, 4 grudnia 2011

Święto Polonii na Syberii

Krótki filmik obrazujący życie kulturalne Polonii w Tiumeniu. Działa tam Obwodowe Centrum Polskiej Kultury i Oświaty "Latarnik", założone w 1993 roku przez Henryka Fiela skupiające około 400 osób. Ogólnie na Syberii rozsianych jest przynajmniej kilka tysięcy Polaków.

Film można obejrzeć pod adresem:
http://www.youtube.com/watch?v=MTt2kG4Q6vs&feature=related

poniedziałek, 28 listopada 2011

Ziemkiewicz jak zawsze w dobrej formie

Historia; trzeba głośno mówić

Na targach książki historycznej nigdy jeszcze nie wydałem tak mało pieniędzy, choć, jak zawsze, wyszedłem obładowany. Aż głupio się przyznawać, ale przeważnie wystarczało mi zainteresować się konkretnym tytułem, by życzliwy wydawca zaczął nalegać na przyjęcie gratisa. W najmniejszym stopniu nie przypisuję tej życzliwości jakimś swoim zasługom, wynikła ona z ogólnego nastroju, czyniącego z Targów swoistą kontynuację Marszu Niepodległości. Już u drzwi spotkać można było rekonstruktorów w historycznych mundurach, w tym − tak się akurat złożyło − także w TYM konkretnym historycznym mundurze Legii Naddunajskiej, który niemieccy troglodyci, ściągnięci tu do zablokowania niepodległościowej manifestacji, uznali za atrybut „polskich nazistów”.

Jeśli się zastanowić, to ze swego punktu widzenia oni wszyscy mają rację. Ten głupi osiłek, jego niemieccy i polscy towarzysze, i „Porozumienie 11 Listopada”, które ich tu wezwało do bicia polskich narodowców, i „Krytyka Polityczna”, która usłużnie użyczyła sponsorowanego przez podatników lokalu na skład pałek, baniek z gazem i kastetów. Mają rację propagandyści z „Wyborczej”, brnący z dnia na dzień coraz głębiej w oszczerstwa i kłamiący w żywe oczy, by stworzyć swym pupilkom atmosferę przyzwolenia i bezkarności, mają rację pan Wajda z panią Holland i inne dyżurne autorytety, które własnymi podpisami postanowiły zaręczyć, że zatrzymani przez policję niemieccy chuligani to niewinni turyści, obecni w tego dnia Warszawie czystym przypadkiem, a arsenał do „Krytyki Politycznej” podrzuciła sama policja.
Ze swego punktu widzenia, powtórzę. Z ich punktu widzenia budzenie zainteresowania historią Polski, uczenie tej historii młodych, popularyzowanie jej, jest niewskazane, a nawet wręcz groźne.

Polakowi niech wystarczy Gross i szydercze wzmianki „autorytetów”, więcej się własną przeszłością interesować nie powinien. Z takiego zainteresowania wyniknąć może tylko tyle, że jeszcze mu nagle błyśnie w oczach „dawnego przodków jenijuszu świetność” i zamiast pokornie ssać euromądrości transmitowane doń przez salony, zacznie roić o bohaterach, dawnej chwale biało-czerwonych sztandarów − a to już prosta droga do faszyzmu. Skutki − wiadome. „Wzbiera brunatna fala”, „osiem tysięcy nazistów przemaszerowało przez Warszawę”, „w ostatnich latach naziści dopuścili się w Polsce kilkudziesięciu morderstw”. Wprawdzie w kilkudziesięciotysięcznym Marszu nie udało się czujnym tropicielom faszyzmu dostrzec ani jednego, ani nawet pół „naziola”, ale udało się obietnicą „ustawki” z Niemcami ściągnąć trochę agresywnych kibiców, no i byli też rekonstruktorzy, których od dawna już „Wyborcza” tępi za „urządzanie strzelanin na ulicach polskich miast”. Dla osobników pokroju Beylina, Blumsztajna czy Domosławskiego to zupełnie wystarcza, by uznali rozkręcenie histerii przeciwko tradycji Dmowskiego i całemu w ogóle Świętu Niepodległości za całkowicie uzasadnione.

Wieczorem tego samego dnia zaproszono mnie do dyskusji po zamkniętym (innych urządzać autorom nie wolno) pokazie filmu „Historia III RP”, przygotowanego niegdyś dla TVP „Historia” i od lat trzymanego przez telewizję pod kluczem. Usiłowałem znaleźć w tym filmie cokolwiek, co można by zakwestionować. Ale cały problem twórców tego „półkownika” − jednego z bardzo wielu w III RP − polega na tym właśnie, że zrobili film z obrazów, relacji i wydarzeń powszechnie znanych, tylko nigdy nie układanych w jeden, logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Proste opowiedzenie ich w takiej kolejności, w jakiej miały miejsce, czyni całą naszą historię najnowszą całkowicie niecenzuralną, nie przystającą do oficjalnej narracji. Więc działa mechanizm jak z Zyzakiem, Cenckiewiczem czy Gontarczykiem − nie można zaprzeczyć, to trzeba zakazać.

W III RP historia funkcjonuje tak, jak ją kiedyś prezentowano maluczkim na odpustach − w postaci serii oderwanych obrazków, ustawianych pod czujnym okiem narratora opowiadającego na wszelki wypadek widzom, co właśnie widzą. Oto, szanowna publiczności, obrazek: dzielna tramwajarka zatrzymuje tramwaj. To nowy obrazek, którym zastąpiliśmy poprzedni, „dzielny elektryk skacze przez płot”, z powodu że płot gdzieś nam zginął i nie można go znaleźć, ale najważniejsze w tym obrazku jest, że zarówno elektryk, jak i tramwajarka, są dziś po słusznej stronie, po stronie władzy, i poglądów „normalnych, europejskich”. Poproszę teraz na scenę uczestników kolejnego obrazka: „światłe elity z obu stron historycznego podziału porozumiewają się w sprawie reform i włączenia Polski do Europy”…

Jakoś tak uświadomiłem sobie, że nie napisałem dotąd o książce Bohdana Urbankowskiego „Czerwona Msza”. Jest to jedno z najważniejszych źródeł, potrzebnych do zrozumienia naszej obecnej sytuacji − historyczny esej daleko wykraczający poza insynuowane mu „lustrowanie”, co jaki lizus napisał za Stalina na jego cześć. Urbankowski opowiada o procesie tworzenia w podbitym kraju przez okupanta nowej, kolaboranckiej elity, i o zastępowaniu nią eksterminowanych równolegle resztek warstwy przywódczej z czasów suwerenności.

Taka kolaborancka − niektórzy piszą mądrze „kompradorska” − elita jest zawsze zasadniczym problemem społeczeństw postkolonialnych, do jakich niewątpliwie się po półwieczu PRL zaliczamy. Ci, którzy są − że znowu się posłużę frazą Mickiewicza − „na narodu wierzchu” nie są wcale „na narodu czele”. Bardziej czują się związani z metropolią, niż z własnym ludem, od którego oddziela ich wzajemna niechęć, płynąca zarazem z kompleksu wyższości i lęku. Nie są w stanie tworzyć dla „tubylców” wizji, planów, strategii, poza jedną − mają przestać być sobą, wypluć z siebie swe tubylcze tradycje, stać się na podobieństwo kolonizatorów, których tutejszymi przedstawicielami, swoistym pasem transmisyjnym cywilizacji, jest właśnie owa postkolonialna elita.

W „Michnikowszczyznie” próbowałem opisać dalszy los tej formacji, którą zainstalował tu generał Sierow − proces przekształcenia postkolonialnej elity peerelowskiej w elitę III RP, na zasadzie „amnezja i zachowanie wpływów oraz szacunku za posłuszeństwo nowym prorokom, nowej idei i nowej metropolii”. Nikczemny przyjaciel Czesława Miłosza chwalił mu się w znanym liście, że „sowieckimi kolbami wybijemy Polakom z głów alienację”. Jego duchowi potomkowie też nie są w stanie sformułować programu, który miałby być wykonany inaczej, niż przez siłę zewnętrzną. Unijnym nakazem, eurodyrektywą, tresurą zachodnich mediów, zarządzeniem Komisji Europejskiej lub europarlamentu − w ostateczności, jeśli trzeba, pałkami niemieckich „antyfaszystów”. Zamiast budzących do wczoraj pogardliwy uśmieszek elit, a od wczoraj ich otwartą agresję, tubylczych tam-tamów na cześć Boga, Honoru i Ojczyzny − przyszłe roztopienie się w europejskiej rodzinie. Zamiast biało-czerwonej patriotycznej cepelii − ogólnikowa „kolorowość” pod tęczowym sztandarem. Zamiast cierpień dusznych, „mrocznych wyziewów mesjanizmu” i „demona polskiego patriotyzmu” − radosna obfitość kolorowych towarów w supermarkecie i beztroskie zawierzenie swych losów silniejszym, tworzącym „główny nurt europejskiej polityki”. Nie wszystkim ta oferta odpowiada, nie wszyscy uważają, że warta micha obroży? Spokojnie, w razie czego odwołamy się do naszych przyjaciół z Europy, a oni już pogodzą tubylczy motłoch z dziejową koniecznością.

Wobec tak światle się rysującej przyszłości, po co tubylcom uczyć się własnej historii, już unieważnionej? Po co urządzać „strzelaninę na ulicach miast” i parady w historycznych mundurach, zamiast paradować w różowych perukach i z kolorowymi piórami w tyłkach? Trzeba ten cały historyczny balast po apuchtinowsku obciąć (wystarczy, żeby tubylcy znali Grossa) plasterek po plasterku, zaczynając od Dmowskiego i jego tradycji „polskiego faszyzmu”, a potem stopniowo obrzydzając i delegalizując kolejne przejawy polskiej zaściankowości i ciemnogrodu.

Tylko, sądząc po frekwencji i na Marszu, i na Targach, jakoś słabo się udaje. Może dlatego, że metropolia przędzie coraz cieniej i jakby mniej imponuje, niż jeszcze kilka lat temu?

czwartek, 24 listopada 2011

Tak się zastanawiam...

Tak się zastanawiam. Liczba unikalnych użytkowników odwiedzających tego bloga sięgnęła 599 osób. Niewiele. Tymczasem po opublikowaniu ostatniego posta, w którym padła nazwa Białoruś aż 8 z 9 odwiedzających tego bloga pochodziło z Rosji. Ciekawe dlaczego...